W jednym z ostatnich numerów „Przekroju“ mogliśmy przeczytać artykuł dotyczący osób, również z kręgów sztuki, przypiswanych sobie, przez conajmniej dwa państwa. Przykładem może być Mikołaj Gogol, którego przypisują sobie zarówno Rosjanie jak i Ukraińcy. Ze smutkiem zauważyłem brak na tej liście Wacława Niżyńskiego- nieszablonowego artysty idealnie wpasowującego się w temat. Jednakże, uchybieniem tym nie byłem specjalnie zdziwiony, od dawna postać ta spowita jest aurą zapomnienia. Jednak zarówno życiorys jak i dzieło Niżyńskiego wymagają zainteresowania ponieważ to w nich kryje się cała tragedia naszej dwudziestowiecznej historii.
Niżyński urodził się w 1889 roku. Oboje rodziców było Polakami, sam Wacław ochrzczony został w Warszawie, wtedy jak wiadomo, będącej pod zaborem rosyjskim. Bardzo szybko rozpoczął karierę jako tancerz aby w przyszłości zrewolucjonizować sztukę baletową. Swój talent pozwolił mu rozwijać słynny Balet Rosyjski, zarądzany przez słynnego Sergiusza Diagilewa, a którego stał się niedługo prawdziwą gwiazdą. Z opowieści czy zapisów płynęły prawdziwe peany na cześć Niżyńskiego, okrzykniętego wkrótce najlepszym tancerzem wszechczasów. Nie dana nam jest możliwość weryfikacji tych słów ponieważ na mocy zakazu Diagilewa, Niżyński nigdy nie został sfilmowany. U szczytu kariery u tancerza zaczęto dostrzegać objawy choroby psychicznej. W końcu, z jej powodu zmuszony został w wieku trzydziestu lat do zakończenia kariery. Wtedy też rozpoczął pisanie „Dziennika“. Jak stwierdził Henry Miller: „ To dzieło człowieka, który jest na wpół przytomny, na wpół szalony. To przekaz tak szczery, tak rozpczliwy, że wyłamuje się spod szablonu. Stajemy twarzą w twarz z rzeczywistością i jest to niemal nie do zniesienia“. Jak potem stwierdza, gdyby „Dziennik“ był normalnym debiutem literackim to Niżynski-pisarz mógłby dorównać Niżyńskiemu- tancerzowi. Dzieło to jednak wykracza poza ramy sztuki i nie powinno być rozpatrywane w tych kategoriach. Dziennik, podzielony na dwie części, z każdą kolejną stroną obrazuje nam zaciskającą się pętle choroby psychicznej. Zapiski, mające kilku bohaterów, głównie z najbliżeszego otoczenia autora, stają się czymś w rodzaju autopsychoanalizy. Niżyński analizuje swoje schorzenie doszukując się jego pochodzenia raz w boskiej misji a raz po prostu w chorobie duszy.
Dramat Niżyńskiego w szerszym kontekście polega na tym, że według popularnej opinii w Polsce, tancerz nie był Polakiem tylko Rosjaninem. Taką informację od lat raczeni są chociażby czytelnicy encyklopedii PWN. Polacy więc- w przeciwieństwie do Ukraińców dopominających się o Gogola- z własnej woli „oddają“ artystę tego kalibru wbrew światowej opinii, która określa Niżyńskiego Polakiem! Taka asekurancka postawa i niedopominanie się po swoje mogło być tłumaczone w okresie PRL-u kiedy mieliśmy stosunek wasalny do Rosji, ale nie ma żadnego wytłumaczenia po 1989. Czas najwyższy chyba zrewidować zakurzone encyklopedie z zawartymi tam jeszcze bardziej zakurzonymi informacjami. Niestety w rusofobicznych mediach Niżyński może być prezentowany jako „rusek“ czy „sprzedawczyk“ i rodzimi patrioci mogą nie życzyć sobie walki o rodaka robiącego kariere w Petersburgu kiedy Polska cierpiała rozbiory. Jakich innych argumentów mogą używać przeciwnicy „spolonizowania“ Niżyńskiego? Wypomnieć mogą, między innymi pisanie po rosyjsku „Dziennika“. Trzeba jednak pamiętać, że pod zaborem rosyjskim szeroko pojęta polskość była wypierana i Niżyński nigdy nie zrobiłby światowej kariery jako Polak. Zresztą, Beckett pisał po francusku a nikt chyba nie wpadłby na nazywanie go Francuzem. W tym momencie, warto przypomnieć listy Niżyńskiego do Jana Reszke pisane po polsku, w których prosi o pomoc w załatwieniu polskiego obywatelstwa. Epistoły te muszą chwytwać za serce, pisane bardzo słabą polszczyzną, przepełnione są prawdziwymi emocjami udzielającemu się Niżyńskiemu. Przeciwnicy mogą mu zarzucać, że w Dzienniku przedstawiał się jako Rosjanin, ale przecież tyleż samo razy mówił o sobie jako o Polaku. Niestety, sprawa Niżyńskiego będzie mieć problem z przebiciem się do szerszej świadomości. Utrudnione jest to min. przez brak „Dziennika“ na polskim rynku wydawniczym. Dotychczasowe pierwsze i jedyne wydanie z 2000 jest dzisiaj bardzo rzadko spotykane. Jest to sytuacja przeciwna do Zachodu gdzie z nabyciem „Dziennika“ nie ma problemu. Na koniec kilka cytatów z tegoż:
Chcę płakać, ale nie mogę, gdyż czuję taki ból duszy, że boję się o siebie. Czuję ból. Jestem chory na duszy. Jestem chory na duszy a nie na umyśle.
Znam jej nawyki. Uśmiecha się do młodych mężczyzn i kocha ich za darmo. Jest mężczyzną, a nie kobietą gdyż szuka mężczyzn. Lubi chuja. Potrzebuje chuja. Znam chuje, które jej nie lubią. Ja jestem chujem, który jej nie lubi. Wiem, że wszyscy będą krępować się tego określenia, i dlatego je napisałem, gdyż chcę aby wszyscy wiedzieli czym jest życie (...) Życie nie jest chujem. Chuj nie jest życiem. Chuj nie jest Bogiem.
Boję się śmierci, dlatego kocham życie. Chcę zapraszać do siebie ludzi, chcę, żeby przychodzili do mnie, ale żona się mnie boi. Wiem, że powiedzą: Niżyński zwariował, ale jest mi to obojętne. Zagrałem już wariata w domu. Wszyscy będą o tym myśleć, ale nie zamkną mnie w domu wariatów, bo bardzo dobrze tańczę i daję pieniądze każdemu, kto mnie o nie prosi. Ludzie lubią dziwaków i dlatego zostawią mnie w spokoju, mówiąc, że jestem obłąkanym klaunem.
Pierwszą książkę zatytułuję Życie, a drugą Śmierć. Pokażę życie i śmierć. Mam nadzieję, że osiągnę sukces. Wiem, że jeśli wydam tę książkę, wszyscy powiedzą, że jestem kiepskim pisarzem. Nie chcę być pisarzem. Chcę być myślicielem. Nie jestem Shopenhauerem. Jestem Wacław Niżyński. Chcę powiedzieć wam, ludziom, że jestem Bogiem. Jestem Bogiem, który umiera, kiedy nie jest kochany.
skomentuj (1)
Jedyną ważną rzeczą, którą trzeba powiedzieć o Lęku i Odrazie jest to, że czas jej pisania przyniósł mi sporo radości a to rzadkość. Zawsze zapatrywałem się na pisanie jako na najgorszą część całej roboty. Podejrzewam, że to trochę jak z pierdoleniem. Przynosi radość tylko amatorom. Stare kurwy nie cieszą się na myśl o figlowaniu. Nic nie sprawia radości jeśli musisz to robić- więcej i więcej, znowu i znowu- albo zostaniesz zmieszany z błotem. A więc, to cholernie rzadka jazda aby ustatkowany i wyleniały pisarz znowu to poczuł, nawet w ramach retrospekcji, gdzie wszystko było tak cholernie opętańczo pojebane od samego początku do końca... Jeszcze te płacenie za pisanie tego obłąkanego bełkotu wydaję się autentycznie dziwne, to jakby płacili za kopanie Spiro Agnewa prosto w jaja.
Więc może jest nadzieja. A może to ja oszalałem....w państwie rządzonym przez świnie, których akcje ciągle zwyżkują- a my mamy przejebane, bo nie umiemy działać razem. Nawet nie po to aby wygrać, ale żeby przynajmniej nie ponieść druzgocącej klęski...
Świnie wchodzą na głowę, rozpracowując wszystko. Więc, za Drogę i za stracone szanse pośród amoku w Las Vegas. Cóż, przynajmniej wiem, że tam byłem, zanurzony w szaleństwie, zrobiony tak, że czułem się jak dwutonowa płaszczka skacząca po całej długości Zatoki Bengalskiej.
Hunter Thompson
C.D.N.
skomentuj (4)
Uważam, że amerykański pisarz, Henry Valentine Miller, jest życiem. Mówi się, że gdy powstanie pierwsza prawdziwa biografia człowieka to w jej ramach mieścić się będzie historia każdego. Nie twierdzę, że film swoim dziełem stworzył takową. Jednakże zakres i przedwszystkim rorzut poruszanych przez niego tematów pozwala mi na postawienie tak śmiałej tezy jak ta z tytułu.
Miller poświęca uwagę praktycznie wszystkiemu, nie ma obszarów nie wartych jego pióra. Posługując się frazesami można powiedzieć, że nic nie jest mu obce. Swoją uwagę, poświęca dosłownie każdej cząstce skupiającej się na wielką całość- naszą egzystencję. Studiując jego pisarstwo odntowałem ślad dość nawet turpistycznych opisów. Miller wspomina bowiem o oddawaniu przez siebie moczu. Innym razem snuje refleksję na temat czytania w toalcie podczas załatwiania się. Rozważa jaki rodzaj szaletu preferuje. Wynosi zasmrodzoną latrynę nad wypachnione toalty. Ba! Zagaduje w listach, francuskiego pisarza, Blaise`a Cendrarsa jak on zapatruje się na podobne rozważania. Ten daleko posunięty naturalizm, oprócz szczerości zdaję się mieć swoje źródło w fascynacji Rableaisem. Miller uwielbia się śmiać a już od czasów francuskiego klasyka wiemy, że klozetowy humor bawi pod każdą szerokością geograficzną. I tak, "Różoukrzyżowanie" o wymowie tragicznej, podkoloryzowane jest zabawnymi epizodami z życia amerykańskiego ekspatrydy. Abstrahując od wszystkiego to różowa trylogia jest bardzo życiowa. Łzy szczęścia i smutku. Inny temat rozważań Millera to jedzenie i picie. Autor "Kolosa z Maroussi", który przeszło dziesięć lat spędził we Francji, nie mógł, nie pozwolić sobie na dygresje a propos tamtejszych win czy pasztetów. W "Pamiętać by pamiętać" francuskiemu biesiadowaniu poświęcony jest cały podrozdział, w którym Amerykanin wynosi ich kulturę jedzenia i picia. Innym razem mówi o tak zwanej kanapce litewskiej, na którą składa się smalec i ogórek kiszony. Miller chwali sobie jej pożywność oraz docenia jak bardzo potrafi się nią najeść, zabijając chwilowy apetyt, w odróżnieniu od amerykańskiego hamburgera pozostawiającego uczucie niedosytu. Miller jednk to nie tylko spożywanie. Przypięta mu łatka pornografa czy pisarza obsceninczego wskazuje, że głównym tematem jego twrórczości jest sfera seksu. Istotnie, gros jego dzieł przepałnia miłosna atmosfera skupiona wokół aktu fizycznego. Występuje on jednak konkretnie, w jakimś celu. Nie jest pornografią,bo nie służy do podniety. Stosunek jest narzędziem. Raz obrazuję płytkość relacji między ludzkich. Innym razem zagubienie narratora oraz pustkę egzystencjalną.
Żywot skupiony tylko wokół spożywania czy kopulacji byłby jednak tylko dekadencką, ale jednak wegetacją. Miller nie pozwala sobie na wegetację, otwierając przed czytelnikiem swój bogaty świat wewnętrzny. Co konkretnie się na niego składa? Na pewno głęboka wiara, inna jednak od protestanckich wartości popularnych w domu Millerów. To przede wszystkim fascynacja coraz bardziej wtedy popularnych wschodem od Indii po Chiny czy Japonię. Za tym wyłaniają się z kartek postacie takie jak Krishnamutri czy Ramakrishna. Wszystko spaja system filozoficzny (quasi-religijny), buddyzm zen, którego meandry przybliżał Europejczykom, D.T. Suzuki. W tym miejscu warto zastanowić się nad znaczeniem “lansowania” I promowania religii wschodu przez Millera na całą kontrkulturę amerykańską poczynając od bitników po muzykę przełomu lat 60tych i 70tych. Wpływy buddyzmu zen tłumaczonego przez Suzukiego oraz kultury indyjskiej biły wtedy rekordy popularności w zachodniej sztuce. Wystarczy zerknąć tylko do Kerouaca czy Ginsberga. Zdecydowanie, rola Millera jako propagatora kultury wschodu, wymaga głębszych studiów. Być może trop jest błędny a kluczowy będzie sam nastrój Paryża gdzie nieświadomy wcześniej Miller poznał “mistrzów” jak Bławatska czy Krishnamutri. Warta wspomnienia jest krytyka katolicyzmu czyniona przez Amerykanina, określanego mianem humbugu. Wiąże się to z pewnością z dwoma rzeczami. Po pierwsze, Miller udzielił dezaprobaty wartościom prezentowanym przez gros nastawionych na konsumpcję osób-z szeroko pojętego- świata zachodniego (przede wszystkim Stany) gdzie katolicyzm cały czas trzyma się mocno. Po drugie Amerykanin był pod wpływem antychrześcijańskiej filozofii Nietzschego. Katalizatorem przemian oraz kluczowym miejscem gdzie dokonało się przeobrażenie duchowe jest Grecja.
Miller często pod przykrywką bon vivanta oraz lekkoducha skrywa swe erudycyjne oczytanie. Upust swojej naczelnej pasji daje w “Książkach mojego życia” (de facto napisanych na zamówienie) oraz w trochę późniejszych pismach i esejach gdzie poświęca się nie tylko rozprawom krytycznym na temat twórczości różnych pisarzy, ale również tworzy zastawienia porównujące poetów z pisarzami (Whitman a Dostojewski). Nie jest przypadkiem, że jego ostatni utwór to “Świat Lawrence`a” poświęcony D.H. Lawrence’owi, do którego zresztą miał ambiwalentne odczucia.
Amerykanin to również pasjonat malarstwa czego najlepszym przykładem jest analiza twórczości Matisse’a znana ze “Zwrotnika Raka”. Temat powracać będzie wielokrotnie na łamy książek Millera. Sporo uwagi Miller poświęci zupełnie anonimowym malarzom-amatorom oraz chociażby Abe Rattnerowi czy Groszowi. Zresztą, Miller sam malował o czym wspomina wielokrotnie. Wszystko to jest tylko zarysem zainteresowań Millera.
O zaangażowaniu w nie najlepiej świadczy fakt, że mimo jego śmierci, pasja i pęd życia wciąż biją tym samym, silnym tętnem z jego książek.
skomentuj (1)
Czy jest jakiś pisarz narażony bardziej na ataki bigotów niż Donatien Alphonse François de Sade znany szerzej jako Markiz de Sade? Chyba nie ma takiego pod żadną szerokością. Jest to smutne, bo świadczy to, że albo gros tych krytyków albo w ogóle nie zna dzieła Francuza albo co gorsza zna, ale nic z niego nie zrozumiało. „Sto dwadzieścia dni Sodomy” w moim odczuciu spełnia przynajmniej takie role:
a) Jest prowokacją, która do dzisiaj prowokuje, powodując, że Markiz nie daje nam zapomnieć o sobie. Abstrahując od całego wyuzdania znanego z książki, warto pamiętać o ciężkich działach wymierzonych w kościół katolicki. Na pewno nie przez przypadek duża część „libertynów” opisanych w dziele Markiza to czołowi hierarchowie kościelni. Im wyżsi stopniem tym bardziej zjednoczeni w ateizmie i w dewiacji. Kompletnie nie trafiony jest zarzucanie Markizowi pornografii. "Sto dwadzieścia dni Sodomy" można zarzucać wiele rzeczy, ale nie to! Dzieło de Sade`a jest dokładnym przeciwieństwem pornografii.
b) Utwór z całym swoim almanachem zachowań prezentowanych przez libertynów to podwaliny pod całą psychopatologię. Przede wszystkim jednak to świetna obserwacja człowieka pozbawionego całego pancerza typu sumienie, prawo, religia. Czym zajmuję się taka osoba przebywająca do tego na odludziu? Przede wszystkim uprzykrzaniu życia innych. Śmiała to teza, ale świetnie obroniona przez Markiza, który krok po kroku obnażył wszystkie tkwiące nas zwierzęce instynkty.
c) Dzieło de Sade jest często podszyte farsą i smoliście czarnym humorem. Po pierwsze część libertynów ma problem z erekcją, inni są praktycznie kompletnymi impotentami co samo w sobie wydaję się być śmieszne biorąc pod uwagę towarzyszącą im otoczkę rozpasania seksualnego. Co do humoru to jest go tam pełno, za przykład niech posłuży taki oto fragment, których pełno w utworze: „ Książe powtórzył zaraz z Bande-au-cielem drobną nikczemność starego przyjaciela i założył się, że choć tamten ma ogromnego kutasa, wypije z zimną krwią trzy butelki wina, podczas gdy będą go rżnąć od tyłu. Cóż za obycie, cóż za spokój, cóż za zimna krew w libertynizmie!” Przewrotne to pisarstwo, ale i skierowane do czytelnika o wysublimowanym guście, potrafiącym odnaleźć i nacieszyć się takimi perełkami.
d) Nie można też odmówić autoriw grania na emocjach czytelnika. Przecież momentami dzieło de Sade potrafi autentycznie wstrząsnąć czy wprowadzić elementy realnej grozy. Taki dysonans zaserwowany odbiorcy świadczyć musi jak najlepiej o piórze Markiza.
Warto pamiętać również o słowach de Sade`a skierowanych do nas we wprowadzeniu:
„Uczestniczysz oto we wspaniałej uczcie, podczas której apetyt twój zaspokajać będzie sześćset rozmaitych dań. Czy zjesz je wszystkie? Z pewnością nie, ale ta nadzwyczajna ilość poszerzy granice twego wyboru i porwany wielością możliwości nie zechcesz łajać amfitriona, który cię raczy. Uczyń tak oto: wybierz i pozostaw resztę, nie ganiąc jej dlatego tylko, że nie miała szczęścia przypaść ci do gustu. Pomyśl, że spodoba się innym i bądź filozofem.”
Fascynuje mnie obraz Man Raya, przedstawiający Markiza na tle Bastylii. Losy pisarza niejednokrotnie wiązały się ze słynnym zamkiem służącym za więzienie. Kluczem do interpretacji wydaję się być jednak sama postać Francuza zbudowana z cegieł. Świadczyć to może o murze zbudowanym między De Sadem a całą resztą ludzkości. Pisarz miałby ukrywać się za nim w swojej wewnętrznej skorupie. Mur miałby być oznaką braku porozumienia i przede wszystkim zrozumienia. My nie możemy pojąć jego dzieła, spłycając je do funkcji pornografii. Markiz nie potrafiący dotrzeć do gustu przeciętnego czytelnika zamyka się z własnej woli na bodźce z zewnątrz skupiając się tylko na pisaniu coraz to nowych „gorszących” pism .De Sade, zresztą świadom był, że jego z pozoru szatański plan pisarski spotka się z takim a nie innym przyjęciem, bo przezornie wykonał kopię rękopisu „Stu dwudziestu dni Sodomy”. Taka niestety dola czeka wielkich eksperymentatorów. Demoniczny wizerunek, inny od jedynego znanego portretu Francuza, wskazuje jak według dyletanckich krytyków powinno wyglądać zmaterializowane zło pod postacią człowieka-pisarza.
PS Tytułem oczywiście nawiązuje do „Must We Burn De Sade?” Simone De Beauvoir. Nie miałem okazji przeczytać tej obrony Markiza, czego bardzo żałuję.
skomentuj (0)
W powszechnej krytyce Prousta najwięcej miejsca poświęca się, co jasne, leitmotivowi dzieła czyli koncepcji Czasu. Po macoszemu traktuję się jednak kilka innych wątków. Jest to bardzo krzywdzące, bo podobnie jak sam koncept powieści, te inne wątki również poprowadzone są perfekcyjnie.
Kończąc ten zarys, warto napomknąć o dwóch wątkach dzieła blisko związanych z psychoanalizą Freuda, niezwykle wtedy popularną, wykraczającą poza ramy naukowe. Po pierwsze, interesujące wydają się być tutaj stosunki z matką. Marcel jest zaborczy o jej miłość, jak wiemy z jego biografii był z nią bardzo bliską związany (tworzył z nią np. tłumaczenia). Uzurpowanie miłości na własność rzutuje na późniejsze relacje z kobietami. Marcel jest chorobliwie zazdrosny o Albertynę, która w pewnym momencie staję się La Prisonnière. Czy można mówić tutaj o kompleksie Edypa? Teoria ta wymaga głębszych studiów. Inna tematyka poruszana przez Prousta, bliska zainteresowaniom Freuda, to marzenia senne. Nie raz przecież Marcel zatraca się w świecie gdzie sen miesza się z jawą. Postaci stamtąd egzystują na równych prawach jak te realne. I takie też jest „W poszukiwaniu straconego czasu”. Wspomnienia-cierpiącego na bezsenność pisarza-świata pełnego kolorowych balów i barwnych postaci. Świata równie już nierzeczywistego jak marzenia senne.
skomentuj (0)
Na polskim, nieco zubożałym, rynku wydawniczym pojawiła się biografia Trumana Capote autorstwa Geralda Clarke`a. Tekst, swego czasu, wzbudził bardzo dużo emocji, czy równie popularny będzie u nas ? Praca Clarke`a- któremu pisanie zajęło trzynaście lat zamiast planowanych dwóch- musi przede wszystkim zachwycać precyzją i skrupulatnością zawartą na przestrzeni przeszło siedmiuset stron. Amerykański dziennikarz, będący wiernym świadkiem ostatnich lat życia bohatera swojego tekstu, tworzy prawdziwie syntetyczny obraz jednego z bardziej popularnych pisarzy XX wieku. Sztuka kryje się w tytanicznej pracy polegającej na oddzielaniu mitotwórstwa na temat swojego życiorysu- czemu często ulegają pisarze- od rzeczywistości. Aby osiągnąć taki efekt wymagane jest korzystanie z różnorakich źródeł począwszy od wyznań figur z życia Capote a kończąc na zaglądaniu w jego listy czy telegramy. Biorąc pod uwagę, że same przypisy zajmują prawie sto stron, nie można chyba nic zarzucić warsztatowi Clarke`a. Co więcej, dzięki wytężonej pracy biografa możemy poznać tak smakowite kąski jak wiadomość Capote do jego znajomego w Paryżu w iście kabaretowym stylu:
Zmiana głosów, zmiana ścian. Dwie tańczące córy przybywają do „Pont Royal” w niedzielę wieczorem. Może zaproszą cię do tanga.
Warto zwrócić uwagę w jakiej serii wydawana jest książka, to „Oto człowiek”. Ecce Homo! Jak celnie te słowa oddają całą, pełną sprzeczności postać Trumana. Autor, który unieśmiertelnił się utworami jak „Śniadanie u Tiffany`ego” czy „ Z zimną krwią” był także albo przede wszystkim właśnie człowiekiem z całym wachlarzem przywar i słabostek. Odyseja Capote rozpoczyna się od opowieści o jego głęboko nieszczęśliwym dzieciństwie oraz fatalnych relacjach z matką i ojcem. Dalej, jest historia szybkiego sukcesu pozwalającego zadomowić się Trumanowi wśród Parnasu aby później z hukiem z niego zlecieć. Ostatnie rozdziały „trzymają w napięciu” (co poczytuje jako sukces biografa) a ich wymowa daleka jest od panegiryku czy czołobitności. Całość przypomina raczej grecką tragedie, w której przeznaczeniu wraz z końcem musi się dopełnić. Clarke wiele mówi nam o literackich gustach Capote, lubującego się chociażby we Flaubercie. Dowiedzieć się również możemy min. o jego niechęci czy wręcz szyderstwie z przedstawicieli Beat Generation. Prawdziwą więź Capote czuł jednak tylko z jednym pisarzem, Marcelem Proustem. Chociaż trudno mówić żeby był pod wpływem literackich impresji Francuza, Truman aż do końca swoich dni pozostał wierny Proustowi, który podobnie jak on był homoseksualistą. Nigdy nie skończone dzieło Capote pt. „Wysłuchane modlitwy” ( tłumaczący biografię J. Mikos nazywa ją „Spełnionymi życzeniami”) zakrojone było na nowojorskie „ W poszukiwaniu straconego czasu”. Tak jak Proust, tak Capote chciał stworzyć fresk obrazujący Belle époque klas wyższych, w których się obracał. Z planowanego na opus magnum utworu zostało raptem kilka rozdziałów. Tym samym, Truman nie poczuł się naprawdę spełniony, tak jak nigdy nie spełnił się w życiu prywatnym. W tekście Clarke`a sporo dowiadujemy się o paradoksach rządzących życiem Capote, sporo też tutaj zabawnych anegdot, ale całość wydaje się być raczej przepełniona bólem codziennej egzystencji podporządkowanej tylko jednej rzeczy : byciu pisarzem. I taki też wyłania się obraz Capote, im większe szczyty zdobywał słowem pisanym, tym bardziej był zagubiony w prawdziwym życiu.
Łukasz Rogowski
skomentuj (0)